Jest czwartek, wszyscy już wypuścili komentarze dotyczące Oscarowej Gali. O tym jak było nudno, o tym, że nie było politycznie i w ogóle jakoś tak bez nerwu. Pewnie dlatego do rangi największego skandalu urósł fakt pominięcia Brigitte Bardot w segmencie In Memoriam oraz komentarz Jane Fondy do faktu, że to Barbra Streisand a nie ona wspominała Roberta Redforda, choć to Fonda zagrała z nim w czterech filmach, a Streisand tylko w jednym.
A ja? Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, pomyślałam sobie, że w sumie to dość zabawne, że choć nie brałam udziału w wyścigu na przewidywania, to jednak w Oscarowym odcinku podcastu (do posłuchania TU) poruszyłam szereg kwestii, które okazały się być obecne w scenariuszu tej Oscarowej nocy. I to zarówno tym realizowanym przez Conana O'Briena, jak i tym napisanym spontanicznie przez osoby nagrodzone oraz innych uczestników niedzielnej gali. Ale po kolei...
Gala Oscarowa odbyła się już po raz 26 w Dolby Theatre (w latach 2001-2012 znany jako Kodak Theatre) at Ovation Hollywood, które stało się główną salą Oscarową XXI wieku i jednocześnie zapisało się jako lokacja najczęściej w historii goszcząca tę uroczystość i projektowana właśnie na jej potrzeby.... Fakt, że amerykańskie kompleksy kinowe były nazywane teatrami sprytnie wykorzystał już na początku gali Conan O'Brien adresując złośliwość w stronę szefa Netflixa i informując publiczność, że Ted Sarandos – współdyrektor generalny (co-CEO) tej platformy streamingowej, po raz pierwszy znalazł się w teatrze. Teatrze dodajmy, który kierowanemu przez niego Netflixowi przyniósł tym razem 7 Oscarów (z 18 nominacji), czyli najwięcej odkąd ta platforma uczestniczy w wyścigu po nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej, potwierdzając to, co od jakiegoś czasu już wiemy, że streamingi stały się pełnoprawną częścią pola producenckiego. I tu był w zasadzie pierwszy "przelot" z moim podcastem, który zaczęłam od wypowiedzi wielkiego mistrza ceremonii Gal Oscarowych Boba Hope'a i jego utyskiwania na telewizję.
Warto sobie przy okazji uświadomić, że od 2019 roku produkcje Netflixa były nominowane do różnych Oscarowych kategorii aż 173 razy (sic!). Pod uwagę wzięto aż 69 filmów (!!!). Rozumiecie: 8 lat i 69 filmów nominowanych do Oscarów, myślę, że Bob Hope mógłby tego nie przeżyć. Rekordowy był oczywiście rok 2021 z nominacjami za pandemiczny 2020 rok, z którego Netflix wyszedł obronną ręką, bo nie musiał czekać z premierami na otwarcie kin! Przeciwnie, to był pierwszy rok prawdziwie wielkich żniw tej platformy, na każdym możliwym polu, nawet na tym, na którym niczego nie zasiali...
Nieco, ale tylko nieco, mniej imponująco wygląda kwestia zgarniętych przez tę platformę Oscarów, było ich bowiem przez te osiem lat 31, w tym w tak prestiżowych kategoriach jak: najlepszy film zagraniczny i najlepszy reżyser oraz zdjęcia (dwa ostatnie personalnie dla Alfonso Cuaróna) za Romę, sukces powtórzony następnie przez Psie pazury z najlepszą reżyserią dla Jane Campion i rekordzistę, jakim okazało się nowe wcielenie (już trzecie w historii) Na Zachodzie bez zmian, które otrzymało Oscara w kategorii najlepszy film zagraniczny, najlepsze zdjęcia i scenografia oraz najlepsza muzyka oryginalna, stając się tym samym jednym z czterech filmów nieanglojęzycznych, które zdobyły aż tyle statuetek Rycerza z L.A. Przed nim uczyniły to: Fanny i Alexander Ingmara Bergmana, Przyczajony tygrys, ukryty smok Anga Lee i Parasite w reżyserii Bong Joon Ho.
Uważam, że warto podkreślić, że Netflix bywa producentem niezgorszych filmów krótkometrażowych, które nierzadko stanowią ważny elementem w budowaniu portfolio młodszych reżyserów (Sam A. Davis, reżyser Singersów, którego możecie pamiętać jako operatora innego filmu wyprodukowanego przez Netflix i nagrodzonego w 2019 roku Oscarem w kategorii najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny czyli Okresowej rewolucji – szalenie ważnego dokumentu pokazującego przemoc wobec kobiet w Indiach powiązaną z menstruacją i walkę bohaterek o godność), a czasem pozwalają starszakom na odrobinę krótkiego szaleństwa (Oscar w 2024 roku dla Wesa Andersona za Zdumiewającą historię Henry'ego Sugara).
Po drugie, opowiadam w podcaście o momencie, w którym Frances McDormand odbierając Oscara za pierwszoplanową rolę w Trzech billboardach za Ebbing, Missouri zwróciła się z apelem, aby wszystkie nominowane kiedykolwiek do Oscara kobiety znajdujące się na sali wstały ze swoich miejsc. A następnie poprosiła Meryl Streep, aby ta uczyniła to jako pierwsza, gdyż wówczas reszta podąży za nią. To wystąpienie było bardzo ważne, bo (co błędnie omawiam w podcaście!) nastąpiło już po wyjściu na jaw brudnych sprawek i brutalnego molestowania, jakiego wobec ponad 80 (sic!) kobiet dopuścił się Harvey Weinstein (przez dekady główny rozgrywający amerykańskiej kinematografii, przede wszystkim za sprawą studia Miramax, które pamiętamy z takich hitów jak Pulp Fiction, Niebiańskie istoty czy Clerks. Sprzedawcy). Przestępstwa Weinsteina upubliczniły w październiku 2017 roku "New York Times" i "New Yorker", a gala, o której mowa miała miejsce w marcu 2018 roku (tu właśnie popełniam w podcaście błąd, za co bardzo Was przepraszam).
W tym roku podobny do McDormand chwyt zastosowała Autumn Durald Arkapaw – pierwsza kobieta w historii nagrodzona w kategorii "Najlepsza robota operatorska" (bardzo nie lubię terminu zdjęcia w określeniu tego, co po angielsku nosi piękną nazwę "cinematography") za film Grzesznicy. Jej przemówienie możecie zobaczyć TU. Autumn także poprosiła – tym razem wszystkie – kobiety na sali, aby powstały. Ten gest, niewątpliwie spontaniczny ze strony operatorki, wydał mi się gestem pozbawionym pierwotnego ciężaru. Wiem, że Autumn chciała dobrze, ale czasami powtórzenie wytraca całą siłę oryginału. Do tego, nie wiem jak Was, ale mnie bardzo drażniła ta – powtórzona dwa razy – fraza "guys". Zastanawiałam się, czy naprawdę nie można było użyć słowa "girls", jak miało być ciepło i sympatycznie (ale jednak ze zwrotem do kobiet)? Wiem, że utarło się mówić, że to fraza bezpłciowa lub z gatunku unisex, ale zabrzmiała mi jednak jakoś bardzo fałszywie w tym kontekście...
Innym przemówieniem, do którego odwołuję się w podcaście było to wygłoszone przez Olivię Colman w 2019 roku, gdy otrzymała nagrodę za główną rolę w filmie Faworyta. Możecie tego przemówienia wysłuchać tutaj, przy czym zwróćcie uwagę na to, co Sam Rockwell mówi do Frances zanim ogłoszą nominacje – ma to oczywiście związek z jej przemową wygłoszoną rok wcześniej!
Warto także zobaczyć moment wręczania honorowego Oscara Andrzejowi Wajdzie, zwróćcie uwagę nie tylko na to, co mówi polski reżyser, ale też, jak Jane Fonda go przedstawia, co stanowi chyba najlepsze potwierdzenie tego, o czym wspominam w podcaście, czyli roli, jaką w życiu tych, którzy kształtowali tzw. Nowe Hollywood odegrała twórczość Wajdy. No i zgadzam się z Fondą, wolałabym, aby to ona żegnała Redforda. Jeśli nie widzieliście filmu Nasze noce to bardzo polecam!
A teraz czas na kolejny "przelot", który nastąpił pomiędzy odcinkiem podcastu, a tegoroczną galą. Wspominam w nim o momencie wręczenia honorowego Oscara Eli Kazanowi i o kontrowersjach, jakie ta sytuacja wywołała w środowisku filmowym (przy okazji tak! to Robert de Niro oczywiście w towarzystwie Martina Scorsese, ale reżyser łatwiejszy chyba do rozpoznania). Przywołuję m.in. chłodną reakcję Eda Harrisa i Amy Madigan (która trzyma ręce skrzyżowane w geście protestu), przyznając się, że w 1999 roku pojęcia nie miałam, kim ona jest... I nagle boom! Wjeżdża tegoroczna gala i Amy nie tylko otrzymuje Oscara za "rolę wspierającą" (nie znoszę także określenia "drugoplanowa"), ale nagle cały świat dyskutuje o tym, że od czterdziestu lat jest żoną Eda Harrisa! Widząc to wzmożenie, czułam się jak wtedy, gdy nagle kolejna generacja odkryła dzięki serialowi Stranger Things piosenkę Kate Bush Running Up That Hill (A Deal With God). Bo to, że nie wiedziałam w 1999 roku kim jest Madigan, nie oznacza, że nie wiem tego dwadzieścia siedem lat później. Ale ubawił mnie fakt, że właśnie ona stała się bohaterką memów poOscarowych, które oczywiście wykorzystywały także zdjęcie z 1999 roku...

Środkowe zdjęcie to kadr z 1999 roku dokładnie z momentu, gdy Elia Kazan wchodził. na scenę. A jak bardzo przyznanie mu honorowego Oscara było (i nadal jest) źle widziane, przekonacie się TU.
Myślałam, że nie będę miała jakieś szczególnej satysfakcji tego wieczoru, bo – jak już zaznaczałam w podcaście – moi faworyci nie mieli żadnych szans na wygraną. A jednak. Satysfakcja się pojawiła i to nie raz.
Po pierwsze dlatego, że Oscara za "rolę wspierającą" otrzymał Sean Penn.
Ale przede wszystkim dlatego, że Marty Supreme nie dostał ani jednego Oscara. Choć jednocześnie nadal uważam, że nagroda za montaż mu się należała. Ale, ale... dzięki temu mogę dodać jeszcze kilka wyjaśnień dotyczących mojej niechęci wobec tego filmu.
Mówiłam już w podcaście, że jest to film TikTokowy, ale – po przemyśleniu – doszłam do wniosku, że jeśli chciałabym znaleźć jeden wzorzec podług którego Josh Safdie skroił swoje dzieło, to byłaby to inna odnoga kultury sieci, czyli tzw. Commentary.
Dla niezorientowanych jest to gatunek działalności YouTuberów polegający na oglądaniu wybranego programu telewizyjnego lub nagrania innego YouTubera, Influencera etc. przez Osobę, która na bieżąco komentuje to, co oglądamy, dodając swoją interpretację do wydarzeń zachodzących na ekranie. Warto zaznaczyć, że zgodnie z raportami (jeden do przeglądnięcia TU) w 2023 roku 54% ankietowanych użytkowników stwierdziło, że woli oglądać komentarze twórców na temat wydarzeń niż same wydarzenia. Oczywiście w tym zakresie mieszczą się zarówno klasyczne przykłady Commentary (takie, jak opisałam powyżej), jak i twórczość Podcasterów i YouTuberów podobna do tego, co ja Wam proponuję. Warto także dodać, że pierwszy typ tego segmentu treści cyfrowych nazywany jest "dramowym", co wiąże się z faktem, że najczęściej komentujący skupiają się na materiałach mających potencjał wywoływania kontrowersji.
A zatem, dlaczego uważam, że Marty Supreme jest filmem z gatunku internetowego Commentary?
Bo, jak już wspominałam w mojej błyskawicznej słownej recenzji, składa się z tzw. "Easter Eggów", których geneza leży w innych, wcześniejszych filmach. "Easter Egg" to określenie używane do opisania nieoczekiwanej (czasem wręcz pozornie nieuzasadnionej) sytuacji (sceny, postaci, funkcji) w grze, filmie lub oprogramowaniu komputerowym, która została wpleciona w fabułę lub strukturę jako żart lub bonus.
Mamy zatem już na samym początku "Easter Egga" z I kto to mówi. Nie pamiętacie sceny otwierającej z tego filmu? Nie znacie? To zapraszam TU. No to popatrzcie sobie TU jak "genialnie" rozgrywa to Safdie. Na czym polega różnica? Na tym, że w komedii Amy Heckerling z 1989 roku ta scena jest najlepszym możliwym otwarciem filmu, który jest o ciąży i porodzie i którego głównym bohaterem jest nienarodzone dziecko (w tej roli głosowo absolutnie genialny Bruce Willis!!!). Podczas gdy u Safdiego jest tylko kiepściutkim komentarzem do tamtej sceny. Jakby Safdie mówił nam: "a ja bym tę scenę zrobił tak...". Jest ona zbędna w tym filmie, bo nie musimy się dowiedzieć akurat w tym momencie o tym, że bohaterka zajdzie w ciążę. W sumie to i bez tej sceny, szybko byśmy się tego domyślili...
Potem pojawia się Gwyneth Paltrow, która jest ewidentnie wzorowana na wielkiej Glorii Swanson z Bulwaru Zachodzącego Słońca Billy'ego Wildera. Przy okazji warto zerknąć, co na temat tego filmu i jego Oscarowych dziejów pisze Michael Schulman (poniżej wklejam jedną stronę z bardzo długiej i barwnie opowiedzianej historii – na zachętę!).
Przy okazji, polecam też drugą książkę o Oscarach, tym razem polskiej autorki i fantastycznego Zwierza Popkulturowego czyli Katarzyny Czajki-Kominiarczuk, pt. Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej a TU macie link do jej bloga.
No to zobaczmy scenę pojawienia się Gwyneth jako Kay Stone w Marty Supreme (TU możecie zobaczyć montaż fanowski nie zachowujący faktycznej kolejności montażowej, generalnie scena w lobby jest pierwsza, a scena, w której Timothée Chalamet podskakuje jak dzieciak na łóżku następuje później, ale lepszego klipu nie potrafiłam znaleźć).
TU z kolei scena pierwszego spotkania pomiędzy Normą Desmond (Gloria Swanson) i Joe Gillisem (William Holden) z dramatu Wildera. Zdanie, które wypowiada Gloria: "Ja jestem wielka, to filmy stały się małe" jak ulał pasuje jako podsumowanie dzieła Safdiego.
Dlaczego moje myśli biegną w kierunku filmu Wildera, gdy widzę scenę w lobby hotelowym i resztę relacji Stone – Marty? Bo powstał w 1950 roku? Bo jest opowieścią o przebrzmiałej gwieździe? Bo jest narracją o relacji pomiędzy dojrzałą kobietą i młodym chłopakiem? W momencie, gdy film wszedł na ekrany Gloria miała 51 lat i z perspektywy Hollywood była już "bezużyteczna", podczas gdy William Holden wówczas skończył 32 lata i zaczynał najważniejszy etap swojej kariery, którą znaczyć będą takie dzieła jak: Stalag 17, Sabrina (w której będzie łamał serce Audrey Hepburn, nim wybawi ją z kłopotu brzydszy brat grany przez Humphrey'a Bogarta), Most na rzece Kwai, Dzika banda, Zawadiaki czy Płonący wieżowiec.
A do tego w swoim Commentary Safdie podąża jeszcze dalej (ale jakże banalna jest obrana przezeń ścieżka!), bo angażuje Paltrow, która kilka lat temu właściwie zniknęła z ekranów deklarując, że chce się zająć rozwojem swojego odzieżowo-kosmetycznego biznesu oraz pobyć z dziećmi. Czyli wiecie, to nie było tak, że nikt jej nie chciał zatrudniać, to nie jest historia Katherine Heigl, którą nagle wykluczono z filmowego świata.
Mała dygresja: Żeby było ciekawiej pierwsze oznaki wykluczenia Heigl pojawiły się po tym, gdy w 2007 roku jej nazwisko pojawiło się jako potencjalna nominacja do Nagrody Emmy za kolejny sezon Chirurgów, a Heigl stwierdziła: "I did not feel that I was given the material this season to warrant an Emmy nomination" (czyli oświadczyła wprost: "Nie czułam, że w tym sezonie dostałem materiał, który uzasadniałby nominację do nagrody Emmy"). Heigl nie powiedziała, że ma zły materiał do grania, tylko że nie był on wystarczający na nominację do takiego wyróżnienia, a jednak wylała się na nią fala krytyki, bo uznano, że jej wypowiedź uderza w showrunnerkę tego serialu Shondę Rhimmes. Jeszcze ciekawsze wydaje mi się po latach jej stwierdzenie dotyczące filmu Wpadka z 2007 roku, który Heigl uznała za „trochę seksistowski”, stwierdzając, że przedstawia kobiety jako „złodziejki”, a mężczyzn jako „kochanych i głupkowatych”. Zapewne dzisiaj taka opinia spotkałaby się z aplauzem, a wówczas była kolejnym gwoździem do jej filmowej trumny.
Ale wracając do Paltrow. To nie jest ta historia, a jednak próbuje się nam ją właśnie w taki sposób sprzedać, co dodatkowo podkreśla wywiad z aktorką, który został opatrzony "zachęcającym" nagłówkiem: Gwyneth Paltrow o powrocie na ekran, w którym życie naśladuje sztukę, jak ktoś jest zainteresowany to zapraszam TU.
Kolejne Commentary pojawia się w związku z tzw. "wątkiem Auschwitz". To w nim chyba najbardziej widać zarówno to, jak bardzo wielu złapało się na tę "Easter-Egg'owość" Wielkiego Martiego oraz to jak bardzo Marty Supreme jest doskonałym przykładem film w gatunku Commentary.
TU jest fragment o Auschwitz – uwaga, to jest scena spoilerowa i nie polecana przeze mnie do oglądania, ale jakby ktoś jednak bardzo musiał...
Oto mamy film w filmie, opowieść luźno – niemal w formie interesującej dykteryjki – zaprezentowaną przez Bélę Kletzkiego, jaką to miał "przygodę w Auschwitzu". I nagle wszyscy się ożywiają, słyszę już ten rosnący z minuty na minutę pomruk: patrzcie! toż to Géza Röhrig! pamiętacie? zagrał w Synie Szawła! No zagrał. I tak, to był ważny film i dobra rola. Ale odegrana na potrzeby Wielkiego Martiego opowieść o miodzie – zrealizowana na granicy pastiszowego kiczu – jako odwołanie do filmu opowiadającym o głębi człowieczeństwa? No tylko Commentary potrafi wykonać takie salto, niemal – nomen omen – mortale. Inna sprawa, że naprawdę metaforycznego konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni, co ten wątek żydowsko-Holokaustowy ma mi w tym filmie zrobić? Nie jest do niczego potrzebny, razi swoją fanfaronadą i ostatecznie reżyser wypada tu jeszcze gorzej, niż bohater, którego chciał w ten sposób ośmieszyć? poruszyć? diabli wiedzą co właściwie...
Skoro już jesteśmy przy tym bohaterze, który miał się poczuć poruszony? zgorszony? czyli przy Miltonie Rockwellu, to tu także mamy "Easter-Egga", bardziej oczywiście obliczonego na amerykańską widownię, ale niezwykle wyrazistego. Bo choć bohater nazywa się Milton Rockwell, to w zasadzie grający go Kevin O'Leary wciela się w samego siebie. Jako znany biznesmen, związany z tzw. venture capital, czyli inwestycjami wysokiego ryzyka, stanowi główny filar programu Shark Tank – reality show, które od swojej premiery w 2009 roku doczekało się już 17 sezonów. Zgodnie z hasłem przewodnim, celem programu jest ukazanie napięcia towarzyszącego spotkaniom prezentacyjnym (tzw. pitchingom – spolszczam tę frazę, gdyż jest ona już u nas w powszechnym, zwłaszcza w branży filmowej, użyciu) oraz dynamiki interakcji zachodzących pomiędzy przedsiębiorcami a potentatami biznesowymi, którzy mogą być potencjalnymi inwestorami w planowany biznes. Innymi słowy Safdie zatrudnił potentata do odegrania roli potentata, któremu Marty przedstawia pomysły biznesowe i który koniec końców wykorzystuje Marty'ego do swoich celów. Można się poczuć w wielu momentach seansu jak na Commentary do programu Shark Tank, którego O'Leary jest główną gwiazdą, by nie powiedzieć twarzą.
Jak ktoś poczuł się zainteresowany tym, jak wyglądają rekiny biznesu w akcji, zapraszam TU – tekst dotyczący sprzedaży detalicznej – "retail" – z ust O'Leary'ego jest genialny i spokojnie mógłby się pojawić w Wielkim Martym (usłyszycie go ok. 00:03:55–00:04:22), a nie, czekajcie! zasadniczo tego typu tekst pojawia się w filmie, tuż przed fragmentem o Auschwitz.... A jeśli ktoś myśli, że naciągam tę historię z Shark Tank to proszę posłuchać TEGO. Uwaga, spodziewajmy się niespodziewanego przy następnym Bondzie, w końcu O'Leary lubi wysokie ryzyko ;-)
Podsumowując: Safdie niczego nie buduje, bo wszystko zbudowali za niego inni, leci na skojarzeniach, jak na streamie. On nam po prostu historię Marty'ego streamuje.
Jeśli nadal uważacie, że to "genialny film", "jeden z najlepszych filmów zeszłego roku", "dzieło dekady" (słyszałam, czytałam i nieustannie natykałam się na takie opinie), to pewnie Was nie przekonam. Nie szkodzi. Ja się bardzo cieszę, że Marty skończył z 0 na Oscarowym koncie, bo to jest moja mała satysfakcja wobec tego skądinąd kolosalnego gniota napompowanego jak Bibendum.
Na koniec muszę jeszcze dodać kilka słów o gali z 1999 roku, czyli o tym, że nic się nie wydarzyło, a z podcastu mogliście odnieść błędne wrażenie, że jednak stało się tam coś ważnego poza honorowym Oscarem dla Kazana. Otóż nie. Wygrał wówczas Zakochany Trzęsidzida (Shakespeare in Love), a mnie zapętliły się w głowie dwa fakty. Pierwszy: że to jakoś musiało być niedaleko nagrody dla Camerona (faktycznie dostał Oscara rok wcześniej za Titanica). A do tego nałożyła mi się jego późniejsza rywalizacja z byłą żoną czyli Kathryn Bigelow. Ten pojedynek miał miejsce dopiero w 2010 roku i wygrała go po dwakroć Bigelow zgarniając statuetkę za najlepszą reżyserię i najlepszy film – The Hurt Locker, pozostawiając Awatara daleko w tyle i bez tych najważniejszych nagród.
Kilka moim zdaniem interesujących linków, w kontekście materiału zawartego w podcaście:
1. Trailer filmu Harry i Tonto Paula Mazursky'ego: TU. 2. Film dokumentalny Friends of Dorothy. Yellow Brick Code – w całości do zobaczenia TU. 3. Nominowany do Oscara w kategorii krótki metraż fabularny Jean Austen's Period Drama – do zobaczenia TU. 4. Zwycięzca Oscara w kategorii krótki metraż fabularny Two People Exchanging Saliva – do zobaczenia w całości TU. 5. Żarcik w Graham Norton Show pomiędzy Alexandrem Skarsgårdem i Miriam Margolyes – do zobaczenia TU.
Na wszelki wypadek powtórzę erratę do podcastu:
1. Mo'nique – otrzymała Oscara za rolę towarzyszącą, a nie główną, tym samym Halle Berry pozostaje jedyną Afro-Amerykanką nagrodzoną Oscarem za główną rolę. W świecie aktorów sprawy mają się lepiej, nie tylko dlatego, że właśnie Oscara otrzymał Michael B. Jordan.
2. Ryan Coogler rzeczywiście reżyserował filmy o Black Panther, ale nie był reżyserem, tylko producentem, filmu Judas (nie Jezus!) and Black Mesaiah.
3. W momencie ślubu Stephen Fry miał 58 a Elliott Spencer 28, niemniej różnica pomiędzy małżonkami wynosiła – dla wielu szokujące – trzydzieści lat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz