24 lutego 2026

Miało być tak pięknie, a wyszło... no właśnie zupełnie nie wyszło, czyli co się nie wydarzyło na San Siro 6 lutego 2026

Ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich to skomplikowany audiowizualny konglomerat, którego twórcy każdorazowo stoją przed niezwykle trudnym zadaniem wyważenia pomiędzy tym, co uniwersalne i powiązane z ideami promowanymi przez kolejnych organizatorów Igrzysk od czasu ich wskrzeszenia przez barona Pierre'a de Cubertin, a tym, co narodowe, co przynależne do nacji-organizatora, co prezentuje tego narodu najmocniejsze strony i najważniejsze zalety.
Zwykle ta subtelna gra dość dobrze się udaje, a gdy zostaje zaburzona w jedną (Pekin 2022) lub w drugą (Paryż 2024) stronę niemal natychmiast spotyka się z falą krytyki. Ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie cztery lata temu była niezwykle nachalnym pokazem siły, którego zgniłą wisienką na zjełczałym od nacjonalizmu torcie były kamery skierowane na machającego Putina – honorowego gościa tej uroczystości. Przypomnijmy, że otwarcie miało miejsce 4 lutego 2022 roku, ceremonia zamknięcia odbyła się szesnaście dni później, a dokładnie dwadzieścia dni po spektakularnym pokazie z udziałem gołębi pokoju wojsko rosyjskie na rozkaz tego samego Putina  rozpoczęło pełnoskalową operację wojskową w Ukrainie.

Z kolei Paryż, odwołując się do hasła City that is always progressing [miasto, które nieustannie prze do przodu], przeszarżował w drugą stronę, tak bardzo gonił za uniwersalnym przesłaniem o tęczowym i inkluzywnym obliczu świata, że wpadł we własne sidła, które spowodowały, że faktyczną ucztę bogów odczytano w kluczu Ostatniej wieczerzy Leonarda da Vinci. Nadal uważam, że to przesunięcie zgotowali sobie sami Organizatorzy, którzy tak bardzo miksowali i przekształcali wątki kulturowe, że wytworzyli w wyobraźni widzów połączenia, których w programie w ogóle nie było. Będę broniła Thomasa Jolly, choćby dlatego, że błyskawiczne zbudowanie argumentacji wokół naprawdę mało znanego obrazu Jana Hermansza van Bijlerta byłoby moim zdaniem bardzo trudne, gdyby nie fakt, że głównodowodzący tej ceremonii od samego początku miał na myśli właśnie to dzieło, gdy konstruował mis-en-scène dla Philippe'a Katerine – francuskiej osobowości scenicznej. 

Pod tym względem nadal podziwiam Organizatorów ceremonii w Salt Lake City, którzy z łatwością mogli się osunąć w nieznośny sentymentalizm lub drażniący manifest ideologiczny. Zawsze mnie ciekawi, czy ktoś w ogóle się zorientował, że niemal cały pierwszy segment tej uroczystości, a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jej większość odbyła się w ciemnościach i zasadniczo w ciszy? Jest to szczególnie rzucające się w oczy podczas wejścia poszczególnych oficjeli. Na mnie nadal robi to ogromne wrażenie, zwłaszcza, gdy znam już cały przebieg uroczystości. Jeśli chcecie zrozumieć, co mam na myśli, to włącznie TEN film od ok. 6 minuty – kompletna cisza z dźwiękiem helikoptera w tle (prawdopodobnie jest to dźwięk stale krążących nad stadionem służb), która towarzyszy wprowadzaniu flagi amerykańskiej na stadion doskonale ilustruje to, co się wówczas wydarzyło. A potem Utah Symphony i Mormon Tabernacular Choir odśpiewali hymn...no czyż to nie jest ceremonia żałobna? A jednak, nikt się nie burzył, nikt nie napisał potem, że to było niestosowne. Jeśli ktoś się chce nauczyć, jak robić to dobrze, to jest to świetna lekcja. Także ta dotycząca budowania napięcia, prowadzenia odbiorcy ku kulminacji, która jest triumfem życia nad śmiercią. 

To wszystko moim zdaniem całkowicie się Włochom nie udało. Nie będę już wracała do tematu, bo szeroko omawiam go w podcaście, ale uderzyło mnie wyjaśnienie Organizatorów dotyczące – naprawdę żadną miarą nietłumaczącego się samoistnie – wyboru Mariah Carey, a brzmiało ono tak: "Mariah Carey fully represents the emotional atmosphere that accompanies the run-up to the Games. Music is a universal language that attracts different stories and sensibilities, and intertwines with the opening ceremony's theme of harmony" [Mariah Carey doskonale odzwierciedla pełną emocji atmosferę towarzyszącą oczekiwaniu na Igrzyska. Muzyka to uniwersalny język, który przyciąga różne historie i wrażliwości, a jednocześnie splata się z tematem ceremonii otwarcia, harmonią.] Trzymajcie mnie! Jak śpiewane w niemożliwym do zniesienia spowolnionym tempie Volare może wyrażać jakiekolwiek emocje!?! A jak ktoś chce zobaczyć ten uroczy filmik z telebimem prompterowym dla Mariah, to zapraszam TU.

A w kwestii długości trwania ceremonii, żeby nie było, że jestem gołosłowna (materiał wizualny jest krótszy, czasówki podaję za oficjalnymi informacjami MKOL):

1) ceremonia otwarcia w Paryżu trwała 4 godziny (19:30 – 23:30) – można ją zobaczyć TU.

2) ceremonia otwarcia w Sydney trwała 4 godziny i 19 minut (19:00 – 23:19) – można ją zobaczyć TU.

3) ceremonia otwarcia w Vancouver trwała +/- 3 godziny (18:00 – 21:00) – można ją zobaczyć TU. Zwróćcie uwagę na projekcje rzutowane na płytę stadionu oraz sposób konstruowania dekoracji, to prawdziwa magia. 

4) ceremonia otwarcia w Los Angeles trwała 4 godziny (16:00 – 20:00) – można ją zobaczyć TU.

5) ceremonia otwarcia w Londynie trwała 3 godziny i 46 minut (20:00 – 00:46) – można ją zobaczyć TU. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak dobrze wprowadzić oficjela na stadion, to polecam obejrzeć od 00:34:13 do 00:40:00. I żeby było jasne, tak, widzę, że światło się nie zgadza, zwłaszcza w ostatnich ujęciach helikoptera, które oczywiście były realizowane w dzień, a nie wieczorem (i jest jeszcze kilka innych kicksów), ale finał jest pyszny! Nie sądzicie?

6) ceremonia otwarcia w Atenach trwała 3 godziny i 36 minut (20:45 – 00:21) – można ją zobaczyć TU. Polecam zwłaszcza początek z Duetem Bębniarzy łączących Ateny i Olimpię oraz podróżą Małego Odyseusza wracającego, podobnie jak Igrzyska do swojej ukochanej Itaki. Przy okazji mała errata do podcastu: Ateny przegrały wyścig o organizację igrzysk dwukrotnie, tak jak mówię w podcaście, ale mylę daty! 

Pierwszy raz musiały ulec Atlancie – co jest o tyle symboliczne, że nazwa tego amerykańskiego miasta nawiązuje do dziedzictwa greckiego i zaginionej wysypy Atlantydy lub Atlanty właśnie. Obie nazwy pochodzą od Atlasa – brata Prometeusza, z którym wspólnie wyznacza granicę Europy, on na Zachodzie, a Prometeusz przykuty do Góry Kaukaz na wschodzie. Drugi raz, w 2000 roku, tak jak mówię w podcaście uległy Sydney.

I to by było na tyle w kwestii stwierdzenia, że ta włoska ceremonia trwała wyjątkowo długo. Jak widać z powyższego zestawienia trwała przeciętnie, była po prostu wyjątkowo nudna i dlatego wszyscy się nagle zorientowali, że upłynęło już sporo czasu, a nadal nic się nie wydarzyło, no w każdym razie nic, o czym byśmy po latach mówili. Chyba że chcemy opowiadać wnukom o prompterze Mariah Carey...

A jeśli chodzi o San Siro to te dwa słowa wciąż rozpalają wyobraźnię kibiców piłki nożnej. Choć AC Milan ostatni raz Mistrzostwo Włoch wywalczył w sezonie 2021-2022, to honor stadionu na krajowej arenie ratują Nerazzurri (czyli Inter), ale ani oni ani Rossoneri (AC Milan) od ponad dekady nie odgrywają już żadnej roli w europejskich rozgrywkach. Jednym z głównych powodów tego stanu rzeczy może być kondycja stadionu San Siro, na którym obie drużyny trenują od 1947 roku, a który lata świetności ma już dawno za sobą, czego najlepszym dowodem jest jego wykluczenie przez UEFA z EURO 2032, mimo jego korzystnego położenia biorąc pod uwagę, że organizację europejskiego turnieju współdzielą Włosi i Turcy. 

Nie mam zamiaru tworzyć wpisu piłkarskiego, ale "kwestia San Siro" jest dla mnie swoistym pedant do opowieści o ceremonii otwarcia zimowych Igrzysk Olimpijskich i metaforyczną soczewką, w której ogniskują się wszystkie jego ułomności. Ale po kolei...

Najnowszy rozdział w dziejach San Siro rozpoczął się mniej więcej sześć lat temu, kiedy miłość do tradycji przegrała ostatecznie z prozą rynku. Stadion jest bez wątpienia jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji architektonicznych Mediolanu. Wymienia się go zwykle na trzecim miejscu po katedrze i La Scali jako godny turystycznej uwagi. Ta "La Scala del calcio" od grudnia 1925 roku do połowy lat trzydziestych XX wieku  była własnością drużyny AC Milan. Zasadniczo od końca 1925 roku  Rossoneri byli właścicielami ziemi, na której w 1926 roku stanął należący także do nich stadion, na którym w meczu otwarcia 19 września dostali niezłe lanie od Interu. W 1935 roku całość stała się własnością miasta, a w 1947 roku obie mediolańskie drużyny zawarły porozumienie, na mocy którego Siro stał się ich wspólnym domem. Po stu latach od wybudowania stadionu i dziewięćdziesięciu latach zarządzania nim przez władze miejskie właściciele obu klubów ponownie przejęli pełną władzę nad obiektem. Dzisiaj już wiemy, że głównym powodem tego "odzyskania" był chęć zburzenia obiektu...

Nowy stadion wybudują prawdopodobnie twórcy nowego Wembley, co jest o tyle ciekawe, że Rossoneri zostali założeni pod koniec XIX wieku przez pięciu angielskich migrantów, o czym mało kto już dzisiaj pamięta. Na koniec dodajmy, że tam, gdzie stoi dzisiejszy stadion, znajdowała się bazylika, której patronował Święty Syrus, biskup Pawii. Zburzono ją bez mrugnięcia okiem, by wybudować wielki obiekt sportowy. Teraz ten sam los ma spotkać sportowego olbrzyma. Historia to niezwykle skomplikowana i klasycznie po włosku splątana. 

A jeśli chodzi o to, czy można lepiej i dlaczego winię Damiano Michieletto (wspomnianą w podcaście reklamę Kopciuszka można zobaczyć TU (La Cenerentola), a TU reżyser mówi, o tym, jak słysząc tytuł opery Bizeta myśli w pierwszej kolejności o pocących się ludziach – a konkretnie zaczyna w 36 sekundzie), to wystarczyć przypomnieć sobie ceremonię otwarcia z 2006 zorganizowaną w Turynie, która – dodajmy – trwała 4 godziny!

A tu znajdziecie wspaniałe utwory tych włoskich artystów, których najbardziej zabrakło mi 6 lutego na stadionie w Milano:

Gianna Nanni i Fabri Fibra – wspaniała piosenka ukazująca nagą prawdę o Włochach, czyli In Italia, najpiękniejszy jest ten fragment nato nel paese delle mezze verità (urodzeni w kraju półprawd), ja bym to dała na początek razem z rewią tych wszystkich typów i elementów kultury, o których śpiewają, no ale to ja...

Gianna Nanni – jeden z najsłynniejszych utworów artystki, czyli I Maschi

Gianna Nannini – Meraviliosa Creatura, czyli jak dobrze zrobić piosenkę reklamową, w tym wypadku dla Fiata Bravo.  

Gemelli Diversi – Fotoricordo, czyli utwór, po którym się w nich zakochałam na zabój, oraz wspólny utwór z Erosem Ramazzottim, czyli Anima Gemella oraz bardzo włoski (i dzisiaj pewnie dla wielu niestrawny, ale ja wciąż lubię) Tu No. Wszystkie jeszcze w pełnym czteroosobowym składzie.

Måneskin – nie jestem fanką, ale dla przypomnienia show, którym wygrali Eurovisię w 2021 roku, czyli Zitti e Buoni.

Filippo Neviani (NEK) – piosenka o zapachu i pociągu, czyli Sul Treno: moje pierwsze spotkanie z artystą i utwór, na którym uczyłam się włoskiego.

Giorgia i utwór Gocce di Memoria, który uważam za jedną z najpiękniejszych i najsmutniejszych piosenek o miłości.

A jakbyście szukali piosenki Erosa Ramazzottiego idealnie nadającej się na ceremonię otwarcia igrzysk olimpijskich, która mogłaby wybrzmieć znacznie lepiej, niż słowa Nelsona Mandeli, przy całym szacunku do tego ostatniego, to zapraszam do posłuchania Se bastasse una canzone (a TU całkiem przyzwoite tłumaczenie, dla tych, którzy chcą się generalnie zorientować w jej przesłaniu).

Dla wszystkich zainteresowanych triem komików znanych jako Aldo, Giovanni e Giacomo – obiecuję, że kiedyś opowiem o nich więcej i wyjaśnię sekret dowcipu o "tipo di colore", a póki co:


                                             Mem poolimpijski – źródło: oficjalny profil komików na Instagramie.

A TU na zachętę możecie znaleźć fragment wampiryczny z Tre Uomini e una Gamba z testem "cadregi". TU z kolei fragment, z którego pochodzi część mema, a przede wszystkim genialna parodia zabójstwa JFK, natomiast TU witamy we Francuskiej Nowej Fali, chociaż bohaterka uważa, że to Carpelli – reżyser neorealizmu włoskiego (postać równie fikcyjna, jak Garpez, czyli autor rzeźbionej nogi).

Osoby zainteresowane Marco Ranzanim di Cantu (czyli postacią stworzoną przez Domenico Raffaele początkowo na potrzeby Radia Deejay z siedzibą w Milanie) oraz scenografią i manierą show telewizyjnych we włoskiej telewizji, zapraszam TU.

TU z kolei oraz TU można znaleźć popisy Sabriny Impacciatore jako Lary Croft w programie Ciro, il figlio di Target, którego historia zaczęła się od takiej sytuacji podczas rozmowy telefonicznej transmitowanej na żywo w trakcie programu L'amore è una cosa meravigliosa.

Na koniec cztery wersje Volare (oszczędzę Wam tej w wykonaniu Mariah Carey):

Domenico Modugno

Dean Martin

David Bowie

Janusz Gniatkowski

I jeszcze porównanie Mathildy de Angelis jako Weroniki w Pasji Mela Gibsona oraz gry dłonią w wykonaniu Moniki Bellucci w tej samej Pasji.

A TU śmiech (i ośmieszanie w jednym) Olimpii (nomen omen biorąc pod uwagę główny temat tego posta), a tak wygląda Ciao Darwin (wciąż! zwróćcie uwagę na stroje, zwłaszcza kobiet...).


Sportowcy i cuda na IO 2026:

A TU mistrzowski występ Mikhaiła Shaidorova z Kazachstanu oraz TU jego cudownie autoparodystyczny pokaz mistrzowski (z "małą" pomocą gruzińskich łyżwiarzy Luki Berulavy aka Mortal Combat i Nika Egadze aka Deadpool oraz Jackiego Chana!), a TU z kolei wielka rozpacz wspaniałego Ili Malinina podczas Pokazów Mistrzów IO 2026.

Wreszcie, wspaniała snowboardzistka z Korei Ga-on Choi – siedemnastolatka, która nie tylko pokonała wielkie mistrzynie, ale wykazała się niezwykłym, iście olimpijskim, hartem ducha. TU pierwszy przejazd (nie zachęcam do oglądania, ale dla porządku zamieszczam), po którym wszyscy byli przekonani, że już nie pojedzie więcej, a TU trzeci przejazd i zdobycie złota.

Na koniec mała errata do odcinka nr 1 Podcastu, który możecie odsłuchać TU

1) Mam świadomość, że Leni Riefenstahl zrobiła film Olimpia za pieniądze nazistów, niemniej dystrybucją tego filmu poza Niemcami od 1938 roku (montaż trwał dwa lata!) zawiadował MKOL.

2) Amerykanie oczywiście zdobyli mnóstwo medali na igrzyskach po wygranej w hokeja w Lake Placid w 1980 roku, w wypowiedzi wyszedł mi skrót myślowy, a chodziło o to, że w hokeju nie zdobyli złotego medalu aż do 22 lutego 2026 i pokonania w finale drużyny z Kanady. W tej konkurencji zdobyli za to dwa srebrne medale w 2002 w Salt Lake City i w 2010 w Vancouver. 

Do usłyszenia i przeczytania już za dwa tygodnie!


11 lutego 2026

Drugi początek – czyli o tym, jak "Balkon z widokiem na Wawel" stał się "Wszędobylskim Okiem"...

Dawno mnie tu nie było. Minęło kilkanaście lat, w trakcie których wiele się wydarzyło i wiele zmieniło, ale – o dziwo! – jedno pozostało niezmienne, pomimo przeprowadzki z mieszkania w Krakowie do domu w Bibicach nadal mam balkon z widokiem na Wawel. Co prawda teraz widok ten częściej zasłonięty jest przez wiszący nad krakowską niecką smog, a i dystans znacząco się zwiększył, ale to akurat pozostaje w synchronizacji z tym, jak i mój dystans do pewnych kwestii rósł z roku na rok. 

Co zatem skłoniło mnie do powrotu w to od dawna porzucone miejsce w sieci i co spowodowało, że zmianie uległa nazwa tego kawałka mojej cyfrowej podłogi? 

Zacznijmy od powodu wznowienia blogerskiej działalności. Otóż uznałam, że nadszedł czas, żeby opowiedzieć świat po swojemu nie czyniąc tego za pośrednictwem żadnego oficjalnego kanału krytyki sztuki lub krytyki filmowej, czy szerzej narracji okołokulturowej. Nie oznacza to bynajmniej, że uznałam owe platformy za niegodne mojej obecności, nie mam też przeświadczenia, że to, co chcę opowiedzieć o świecie na pewno warte jest przeczytania/wysłuchania

W pierwszej kolejności inspiracją do powrotu była dla mnie ponowna lektura – tym razem w formie zawartego zbioru esejów a nie migotliwego ciągu postów – Nie ma czasu. Myśli o tym, co ważne Ursuli K. LeGuin. Jedna z najwybitniejszych pisarek XX wieku rozpoczęła regularne blogowanie w 2010 roku [https://www.ursulakleguin.com/blog] – osiem lat przed śmiercią. Jak sama poinformowała swoich Czytelników i Czytelniczki zainicjowała swojego bloga pod wpływem lektury postów José Saramago, który swoje wpisy publikował od września 2008 do listopada 2009. Cześć z nich – te pochodzące z okresu między marcem a listopadem 2009 roku – ukazała się w oryginalnej wersji pod koniec 2009 roku jako zbiór drukowany. Stało się to jeszcze za życia Saramago, który zmarł 18 czerwca 2010 roku – roku, w którym jego internetowe posty ukazały się w tłumaczeniu na język angielski skłaniając LeGuin do rozpoczęcia swojego blogowania, co nastąpiło ostatecznie w październiku 2010 roku. Co ciekawe pełne wydanie drukiem wszystkich wpisów Saramago ujrzało światło dzienne w 2018 roku – roku śmierci LeGuin, która odeszła 22 stycznia. Z kolei ostatni wpis jej autorstwa pojawił się na blogu 25 września 2017 roku i miał formę wiersza, który LeGuin napisała w 1991 roku po upadku ZSRR...

Nie chcę sobie bynajmniej rościć prawa do zajęcia miejsca w tym jakże wspaniałym ciągu literackim. Niemniej ponowna lektura wpisów blogowych LeGuin, przetłumaczonych przez Piotra W. Cholewę i wydanych po polsku w 2019 roku, sprawiła, że zatęskniłam za blogiem nie jako formą publicznej dyskusji czy wrzucania granatu w sam środek jakiegoś sporu, lecz jako nośnikiem osobistego zapisu chwili, do którego powrót – wiem to analizując uczucia, jakie towarzyszą mi podczas lektury tych kilkunastu własnych wpisów sprzed lat – będzie mi kiedyś sprawiał przyjemność. A jeśli ktoś przy okazji je przeczyta i też coś miłego poczuje, to będzie to wszak wartość dodana. Takie myśli kłębiły się w mojej głowie w 2020 roku, tj. w czasie pandemii, a ich śladem jest zachowany w wersji roboczej tekst będący odpowiedzią na dyskusję, która rozgorzała wokół programów nadawanych w telewizji publicznej, które miały być wsparciem dla zdalnego nauczania, a faktycznie doczekały się potężnej fali hejtu.

A potem wszystko się zmieniło...

Przede wszystkim odzyskałam własny głos. Nie to, żeby ktoś wyrwał mi język, czy zakneblował, niemniej trwające 12 lat przewodzenie stowarzyszeniu czynnie działającemu na polskim i międzynarodowym polu sztuki nie sprzyjało głoszeniu własnych opinii i poglądów. Bo nawet jeśli nadal pozostawały one wyłącznie moje, to odczytywane były zawsze w kluczu pełnionej przeze mnie funkcji, a tym samym ich treść oraz jej odbiór rzutować mogły na dobrostan pozarządowej instytucji, na której czele wówczas stałam. Ten okres mojego życia zakończył się 5 kwietnia 2024 roku i mniej więcej od tego czasu zaczęła we mnie kiełkować myśl już nie tylko o powrocie do bloga, ale o stworzeniu swoistej hybrydy, którą roboczo nazwałam: "Blog do słuchania, podcast do czytania". Ostatecznie to hasło – po małej przeróbce – stało się głównym mottem zupełnie nowego projektu, którego ten wpis jest jedną z inauguracji. 

Po drugie pomyślałam (mając świadomość, że może to być nadzieja żywiona na wyrost), że nadanie niezorganizowanym peregrynacjom, obojętnie czy odbywają się one w faktycznej formie fizycznej, czy też mają wyłącznie metaforyczny charakter, jakiejś ramy pozwoli być może na większą regularność zarówno samych peregrynacji, jak i utrwalania wynikających z nich wrażeń. 

I tak oto, jeszcze nieśmiało, 6 czerwca na moim profilu facebookowym zadebiutowało Oko. Pojawiło się wówczas jako świadek obron dyplomowych osób licencjackich studiujących w trybie niestacjonarnym na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. A kilka miesięcy później Oko miało już za sobą:

👁  42 profilowe pojawienia się

🎭 3 spektakle teatralne

🧭 9 miast

🖼 25 wystaw (nie tylko z zakresu sztuk wizualnych)

🏛 6 odwiedzonych muzeów

🎬 2 festiwale filmowe (krakowski i gdyński)

🎞 kilkadziesiąt (blisko 100) obejrzanych filmów

📖 sporo przeczytanych książek (o czym nie wspominało),

ale przede wszystkim było coraz bardziej gotowe na przekucie tych nieregularnych wybryków w coś bardziej trwałego...

W międzyczasie pojawiły się różne nazwy i różne pomysły. 

Pierwsza nazwa, której ślad widać w profilu instagramowym (i tak już zostanie na wieczną rzeczy pamiątkę) brzmiała Wandering Eye. Choć sama nazwa nie była przypadkowa, do czego jeszcze powrócę, to bardzo szybko skarciłam się za "anglizm", z którymi na wielu polach wojuję. Zwłaszcza zaś na tych, na których ich użycie jest całkowicie nieuzasadnione, gdyż istnieją w tych obszarach odpowiednie słowa, których sensu anglizmy bynajmniej nie poszerzają, jedynie rugując istniejące już słowa z codziennego użycia. Będę się upierać, że jest tak ze słowem research, których to riserczów wcale nie potrzebujemy mając do dyspozycji pięknie brzmiące kwerendy oraz z wyrażeniem event, które nic nie wnosi do starych dobrych wydarzeń, poza tym, że w świecie, który – dzięki drugiej polskiej literackiej Noblistce – oszalał na punkcie "czułości" odbiera nam darzenie i dar, zastępując je oba cymbałem w gruncie rzeczy pusto brzmiącym w polskich uszach. Taka sama, a nawet jeszcze straszniejsza, jest degradacja słowa zawartość na rzecz kontentu (ang. content), ale o tym kiedy indziej... Zatem owo angielsko brzmiące oko odeszło nieco w cień, aby zrobić miejsce Oku z prawdziwego zdarzenia, Oku wykorzystującemu giętkość i bogactwo znaczeniowe polszczyzny, Oku Wszędobylskiemu.

Pojawiła się też koncepcja, która jednocześnie kusiła mnie i napawała przerażeniem (i nadal tak jest!), ale ku której skłaniały mnie coraz bardziej interakcje z cudownymi młodymi ludźmi, którzy albo wprost zadawali mi pytanie, czy nie prowadzę jakiegoś podcastu (znów ten anglizm!), albo dzielnie znosili moje wykłady on-line twierdząc, że nie tylko jest ok, ale że w sumie fajnie byłoby dostać więcej. Oczywiście mam pełną świadomość różnicy pomiędzy zaplanowanym i z góry starannie zaprojektowanym cyklem wykładów, a gadaniną wynikającą z tego, co Oko widziało, słyszało (sic!), przeżyło i doświadczyło, niemniej postanowiłam zaryzykować. 

Może dlatego, że w epoce zdominowanej najpierw przez pragnienie zostania gwiazdą telewizji (doskonale pamiętam to podniecenie, z którym ludzie informowali mnie, wówczas rzeczniczkę prasową GSW Bunkier Sztuki, że "widzieli mnie w telewizji", nawet jeśli była to tylko telewizja lokalna), a potem gwiazdą internetu, mnie zawsze ciągnęło do radia. To na nim się wychowałam. Kochałam słuchać audycji w czasach, gdy nie przerywano ich jeszcze tysiącem reklam (słuchałam 3 Programu Polskiego Radia regularnie od 1984 roku – tak, miałam pięć lat, gdy moje popołudnia upływać zaczęły pod znakiem "Powtórki z rozrywki" i "Zapraszamy do Trójki"), uwielbiałam też dwa nagrania, które dostałam od mojego Taty wraz z magnetofonem MK 235 AUTOMATIC Grundig z 1978 roku [taki jak ten w zbiorach krakowskiego Muzeum Inżynierii i Techniki: MIT], czyli nielegalne nagranie Kabaretu pod Egidą z lata roku 1981 (to, które zaczynają "Chłopcy radarowcy" i w których jest skecz o czarnej panterze, oraz o tych co odbierali i byli tymi samymi, co wręczali – do dzisiaj znaczącą część tego nagrania umiem na pamięć) oraz wydane w 1978 roku "Lato Muminków" (które także prawie w całości wciąż potrafię wyrecytować).

I tak Wszędobylskie Oko nabrało kształtów, także dosłownych – wizualnych. Najpierw w postaci pięknego zdjęcia, które wykonał mojemu własnemu Oku (nie bez powodu prawemu) mój Tato:



Oko na oryginalnym zdjęciu jest prawe, bo to oko faktycznie jest jedynym, którym w pełni patrzę na świat. Różnica dioptrii pomiędzy moim prawym i lewym organem spozierającym jest bowiem na tyle duża, że nie można ich obu w satysfakcjonujący sposób poddać korekcie, zatem od kilkudziesięciu lat koryguję wyłącznie oko prawe, a lewe w zasadzie hasa samopas, choć przydaje się czasem, gdy trzeba coś zobaczyć z bardzo bliska, gdyż jako "młode duchem" (określenie okulisty) nie uległo naturalnemu po czterdziestce "plusowaniu"... 

Na Facebooku Oko jest rzecz jasna zwykle lewe, co wynika z faktu, że nie życzę sobie, aby Facebook miał dostęp do galerii zdjęć w moim telefonie, więc mogę w postach zamieszczać wyłącznie te fotografie, które wykonam w momencie tworzenia posta, a żeby umieścić na nich Oko, muszę "odwrócić" obiektyw...

Dlatego ostatecznie zostało lewe, a dzięki Jerzemu "Irbisowi" Gorczycy (Profil Artysty) zmieniło się w piękny sygnet nowego (i zasadniczo w ogóle pierwszego) logo bloga oraz pozostałych nośników, tj. podcastu i profilu na Insta.

Wróćmy jednak do nazwy. Więcej na temat jej dość złożonej genezy opowiem we Wprowadzeniu (ang. Intro 😉) do podcastu, ale tu wrzucam kilka linków, które przydadzą się podczas słuchania:

Lektura, dla tych, co nie znają, a chcieliby poznać: Zygmunt Bauman, Ponowoczesne wzory osoboweLink do artykułu

Piosenka Tadeusza Woźniaka (z towarzyszeniem zespołu Gawęda) pt. Niczyje dni z słuchowiska Lato MuminkówLink do utworu

Reprodukcja obrazu Caspara Davida Friedricha, Wędrowiec ponad morzem mgły (org. Wanderer über dem Nebelmeer) z 1817 roku – kolekcja stała Hamburger Kunsthalle: Link do oficjalnej reprodukcji

Okładka dramatu Zygmunta Krasińskiego Nie-boska komedia, proj. Zygmunt Magner z wykorzystaniem fragmentu obrazu Friedricha (uroczo sepiowo przekształconym w polskim druku).


Katalog wystawy Orte der Sehensucht mit Künstlern auf ReisenLink do opisu katalogu

Konwencja tego projektu, który dzisiaj inauguruję, usytuowanego pomiędzy blogiem (Blog), podcastem (Podcast) i profilami na Facebooku (Profil Fb) oraz Instagramie (Insta), wyrasta z ducha jenkinsowskiej konwergencji. Jest ona także podporządkowana jednej z naczelnych reguł dobrego kina, z którą ostatnio na potęgę zrywają wielkie platformy streamingowe (o czym można było posłuchać w wywiadzie Joe Rogana z Mattem Damonem i Benem Affleckiem: bezpośredni fragment TU cały wywiad TU), czyli idei niepowtarzania w obrazie tego, co zostało powiedziane i vice versa

Zatem, jeśli ktoś trafił tu po latach i poczuł się zachęcony, to zapraszam TU, gdzie znajduje się Wprowadzenie do podcastu, a od czasu do czasu warto zerknąć do treści postu, aby odnaleźć odpowiedni link lub obrazek, które mam nadzieję wzbogacą słuchanie i doświadczanie tego, czym chcę się z Wami podzielić.