11 lutego 2026

Drugi początek – czyli o tym, jak "Balkon z widokiem na Wawel" stał się "Wszędobylskim Okiem"...

Dawno mnie tu nie było. Minęło kilkanaście lat, w trakcie których wiele się wydarzyło i wiele zmieniło, ale – o dziwo! – jedno pozostało niezmienne, pomimo przeprowadzki z mieszkania w Krakowie do domu w Bibicach nadal mam balkon z widokiem na Wawel. Co prawda teraz widok ten częściej zasłonięty jest przez wiszący nad krakowską niecką smog, a i dystans znacząco się zwiększył, ale to akurat pozostaje w synchronizacji z tym, jak i mój dystans do pewnych kwestii rósł z roku na rok. 

Co zatem skłoniło mnie do powrotu w to od dawna porzucone miejsce w sieci i co spowodowało, że zmianie uległa nazwa tego kawałka mojej cyfrowej podłogi? 

Zacznijmy od powodu wznowienia blogerskiej działalności. Otóż uznałam, że nadszedł czas, żeby opowiedzieć świat po swojemu nie czyniąc tego za pośrednictwem żadnego oficjalnego kanału krytyki sztuki lub krytyki filmowej, czy szerzej narracji okołokulturowej. Nie oznacza to bynajmniej, że uznałam owe platformy za niegodne mojej obecności, nie mam też przeświadczenia, że to, co chcę opowiedzieć o świecie na pewno warte jest przeczytania/wysłuchania

W pierwszej kolejności inspiracją do powrotu była dla mnie ponowna lektura – tym razem w formie zawartego zbioru esejów a nie migotliwego ciągu postów – Nie ma czasu. Myśli o tym, co ważne Ursuli K. LeGuin. Jedna z najwybitniejszych pisarek XX wieku rozpoczęła regularne blogowanie w 2010 roku [https://www.ursulakleguin.com/blog] – osiem lat przed śmiercią. Jak sama poinformowała swoich Czytelników i Czytelniczki zainicjowała swojego bloga pod wpływem lektury postów José Saramago, który swoje wpisy publikował od września 2008 do listopada 2009. Cześć z nich – te pochodzące z okresu między marcem a listopadem 2009 roku – ukazała się w oryginalnej wersji pod koniec 2009 roku jako zbiór drukowany. Stało się to jeszcze za życia Saramago, który zmarł 18 czerwca 2010 roku – roku, w którym jego internetowe posty ukazały się w tłumaczeniu na język angielski skłaniając LeGuin do rozpoczęcia swojego blogowania, co nastąpiło ostatecznie w październiku 2010 roku. Co ciekawe pełne wydanie drukiem wszystkich wpisów Saramago ujrzało światło dzienne w 2018 roku – roku śmierci LeGuin, która odeszła 22 stycznia. Z kolei ostatni wpis jej autorstwa pojawił się na blogu 25 września 2017 roku i miał formę wiersza, który LeGuin napisała w 1991 roku po upadku ZSRR...

Nie chcę sobie bynajmniej rościć prawa do zajęcia miejsca w tym jakże wspaniałym ciągu literackim. Niemniej ponowna lektura wpisów blogowych LeGuin, przetłumaczonych przez Piotra W. Cholewę i wydanych po polsku w 2019 roku, sprawiła, że zatęskniłam za blogiem nie jako formą publicznej dyskusji czy wrzucania granatu w sam środek jakiegoś sporu, lecz jako nośnikiem osobistego zapisu chwili, do którego powrót – wiem to analizując uczucia, jakie towarzyszą mi podczas lektury tych kilkunastu własnych wpisów sprzed lat – będzie mi kiedyś sprawiał przyjemność. A jeśli ktoś przy okazji je przeczyta i też coś miłego poczuje, to będzie to wszak wartość dodana. Takie myśli kłębiły się w mojej głowie w 2020 roku, tj. w czasie pandemii, a ich śladem jest zachowany w wersji roboczej tekst będący odpowiedzią na dyskusję, która rozgorzała wokół programów nadawanych w telewizji publicznej, które miały być wsparciem dla zdalnego nauczania, a faktycznie doczekały się potężnej fali hejtu.

A potem wszystko się zmieniło...

Przede wszystkim odzyskałam własny głos. Nie to, żeby ktoś wyrwał mi język, czy zakneblował, niemniej trwające 12 lat przewodzenie stowarzyszeniu czynnie działającemu na polskim i międzynarodowym polu sztuki nie sprzyjało głoszeniu własnych opinii i poglądów. Bo nawet jeśli nadal pozostawały one wyłącznie moje, to odczytywane były zawsze w kluczu pełnionej przeze mnie funkcji, a tym samym ich treść oraz jej odbiór rzutować mogły na dobrostan pozarządowej instytucji, na której czele wówczas stałam. Ten okres mojego życia zakończył się 5 kwietnia 2024 roku i mniej więcej od tego czasu zaczęła we mnie kiełkować myśl już nie tylko o powrocie do bloga, ale o stworzeniu swoistej hybrydy, którą roboczo nazwałam: "Blog do słuchania, podcast do czytania". Ostatecznie to hasło – po małej przeróbce – stało się głównym mottem zupełnie nowego projektu, którego ten wpis jest jedną z inauguracji. 

Po drugie pomyślałam (mając świadomość, że może to być nadzieja żywiona na wyrost), że nadanie niezorganizowanym peregrynacjom, obojętnie czy odbywają się one w faktycznej formie fizycznej, czy też mają wyłącznie metaforyczny charakter, jakiejś ramy pozwoli być może na większą regularność zarówno samych peregrynacji, jak i utrwalania wynikających z nich wrażeń. 

I tak oto, jeszcze nieśmiało, 6 czerwca na moim profilu facebookowym zadebiutowało Oko. Pojawiło się wówczas jako świadek obron dyplomowych osób licencjackich studiujących w trybie niestacjonarnym na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. A kilka miesięcy później Oko miało już za sobą:

👁  42 profilowe pojawienia się

🎭 3 spektakle teatralne

🧭 9 miast

🖼 25 wystaw (nie tylko z zakresu sztuk wizualnych)

🏛 6 odwiedzonych muzeów

🎬 2 festiwale filmowe (krakowski i gdyński)

🎞 kilkadziesiąt (blisko 100) obejrzanych filmów

📖 sporo przeczytanych książek (o czym nie wspominało),

ale przede wszystkim było coraz bardziej gotowe na przekucie tych nieregularnych wybryków w coś bardziej trwałego...

W międzyczasie pojawiły się różne nazwy i różne pomysły. 

Pierwsza nazwa, której ślad widać w profilu instagramowym (i tak już zostanie na wieczną rzeczy pamiątkę) brzmiała Wandering Eye. Choć sama nazwa nie była przypadkowa, do czego jeszcze powrócę, to bardzo szybko skarciłam się za "anglizm", z którymi na wielu polach wojuję. Zwłaszcza zaś na tych, na których ich użycie jest całkowicie nieuzasadnione, gdyż istnieją w tych obszarach odpowiednie słowa, których sensu anglizmy bynajmniej nie poszerzają, jedynie rugując istniejące już słowa z codziennego użycia. Będę się upierać, że jest tak ze słowem research, których to riserczów wcale nie potrzebujemy mając do dyspozycji pięknie brzmiące kwerendy oraz z wyrażeniem event, które nic nie wnosi do starych dobrych wydarzeń, poza tym, że w świecie, który – dzięki drugiej polskiej literackiej Noblistce – oszalał na punkcie "czułości" odbiera nam darzenie i dar, zastępując je oba cymbałem w gruncie rzeczy pusto brzmiącym w polskich uszach. Taka sama, a nawet jeszcze straszniejsza, jest degradacja słowa zawartość na rzecz kontentu (ang. content), ale o tym kiedy indziej... Zatem owo angielsko brzmiące oko odeszło nieco w cień, aby zrobić miejsce Oku z prawdziwego zdarzenia, Oku wykorzystującemu giętkość i bogactwo znaczeniowe polszczyzny, Oku Wszędobylskiemu.

Pojawiła się też koncepcja, która jednocześnie kusiła mnie i napawała przerażeniem (i nadal tak jest!), ale ku której skłaniały mnie coraz bardziej interakcje z cudownymi młodymi ludźmi, którzy albo wprost zadawali mi pytanie, czy nie prowadzę jakiegoś podcastu (znów ten anglizm!), albo dzielnie znosili moje wykłady on-line twierdząc, że nie tylko jest ok, ale że w sumie fajnie byłoby dostać więcej. Oczywiście mam pełną świadomość różnicy pomiędzy zaplanowanym i z góry starannie zaprojektowanym cyklem wykładów, a gadaniną wynikającą z tego, co Oko widziało, słyszało (sic!), przeżyło i doświadczyło, niemniej postanowiłam zaryzykować. 

Może dlatego, że w epoce zdominowanej najpierw przez pragnienie zostania gwiazdą telewizji (doskonale pamiętam to podniecenie, z którym ludzie informowali mnie, wówczas rzeczniczkę prasową GSW Bunkier Sztuki, że "widzieli mnie w telewizji", nawet jeśli była to tylko telewizja lokalna), a potem gwiazdą internetu, mnie zawsze ciągnęło do radia. To na nim się wychowałam. Kochałam słuchać audycji w czasach, gdy nie przerywano ich jeszcze tysiącem reklam (słuchałam 3 Programu Polskiego Radia regularnie od 1984 roku – tak, miałam pięć lat, gdy moje popołudnia upływać zaczęły pod znakiem "Powtórki z rozrywki" i "Zapraszamy do Trójki"), uwielbiałam też dwa nagrania, które dostałam od mojego Taty wraz z magnetofonem MK 235 AUTOMATIC Grundig z 1978 roku [taki jak ten w zbiorach krakowskiego Muzeum Inżynierii i Techniki: MIT], czyli nielegalne nagranie Kabaretu pod Egidą z lata roku 1981 (to, które zaczynają "Chłopcy radarowcy" i w których jest skecz o czarnej panterze, oraz o tych co odbierali i byli tymi samymi, co wręczali – do dzisiaj znaczącą część tego nagrania umiem na pamięć) oraz wydane w 1978 roku "Lato Muminków" (które także prawie w całości wciąż potrafię wyrecytować).

I tak Wszędobylskie Oko nabrało kształtów, także dosłownych – wizualnych. Najpierw w postaci pięknego zdjęcia, które wykonał mojemu własnemu Oku (nie bez powodu prawemu) mój Tato:



Oko na oryginalnym zdjęciu jest prawe, bo to oko faktycznie jest jedynym, którym w pełni patrzę na świat. Różnica dioptrii pomiędzy moim prawym i lewym organem spozierającym jest bowiem na tyle duża, że nie można ich obu w satysfakcjonujący sposób poddać korekcie, zatem od kilkudziesięciu lat koryguję wyłącznie oko prawe, a lewe w zasadzie hasa samopas, choć przydaje się czasem, gdy trzeba coś zobaczyć z bardzo bliska, gdyż jako "młode duchem" (określenie okulisty) nie uległo naturalnemu po czterdziestce "plusowaniu"... 

Na Facebooku Oko jest rzecz jasna zwykle lewe, co wynika z faktu, że nie życzę sobie, aby Facebook miał dostęp do galerii zdjęć w moim telefonie, więc mogę w postach zamieszczać wyłącznie te fotografie, które wykonam w momencie tworzenia posta, a żeby umieścić na nich Oko, muszę "odwrócić" obiektyw...

Dlatego ostatecznie zostało lewe, a dzięki Jerzemu "Irbisowi" Gorczycy (Profil Artysty) zmieniło się w piękny sygnet nowego (i zasadniczo w ogóle pierwszego) logo bloga oraz pozostałych nośników, tj. podcastu i profilu na Insta.

Wróćmy jednak do nazwy. Więcej na temat jej dość złożonej genezy opowiem we Wprowadzeniu (ang. Intro 😉) do podcastu, ale tu wrzucam kilka linków, które przydadzą się podczas słuchania:

Lektura, dla tych, co nie znają, a chcieliby poznać: Zygmunt Bauman, Ponowoczesne wzory osoboweLink do artykułu

Piosenka Tadeusza Woźniaka (z towarzyszeniem zespołu Gawęda) pt. Niczyje dni z słuchowiska Lato MuminkówLink do utworu

Reprodukcja obrazu Caspara Davida Friedricha, Wędrowiec ponad morzem mgły (org. Wanderer über dem Nebelmeer) z 1817 roku – kolekcja stała Hamburger Kunsthalle: Link do oficjalnej reprodukcji

Okładka dramatu Zygmunta Krasińskiego Nie-boska komedia, proj. Zygmunt Magner z wykorzystaniem fragmentu obrazu Friedricha (uroczo sepiowo przekształconym w polskim druku).


Katalog wystawy Orte der Sehensucht mit Künstlern auf ReisenLink do opisu katalogu

Konwencja tego projektu, który dzisiaj inauguruję, usytuowanego pomiędzy blogiem (Blog), podcastem (Podcast) i profilami na Facebooku (Profil Fb) oraz Instagramie (Insta), wyrasta z ducha jenkinsowskiej konwergencji. Jest ona także podporządkowana jednej z naczelnych reguł dobrego kina, z którą ostatnio na potęgę zrywają wielkie platformy streamingowe (o czym można było posłuchać w wywiadzie Joe Rogana z Mattem Damonem i Benem Affleckiem: bezpośredni fragment TU cały wywiad TU), czyli idei niepowtarzania w obrazie tego, co zostało powiedziane i vice versa

Zatem, jeśli ktoś trafił tu po latach i poczuł się zachęcony, to zapraszam TU, gdzie znajduje się Wprowadzenie do podcastu, a od czasu do czasu warto zerknąć do treści postu, aby odnaleźć odpowiedni link lub obrazek, które mam nadzieję wzbogacą słuchanie i doświadczanie tego, czym chcę się z Wami podzielić.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz